Negocjacje w sprawie Brexitu nie pójdą łatwo. Londyn już o tym wie

Zanim negocjacje w sprawie Brexitu się rozpoczęły, londyński rząd uspokajał, że Wielka Brytania tylko zyska na tym rozwiązaniu. Wraz z ustaleniem warunków wyjścia miały się toczyć dwustronne rozmowy na temat współpracy gospodarczej z najważniejszymi europejskimi stolicami. Oznaczałoby to, że gdy już Brexit się dokona, w życie wejdą nowe umowy, na równie dobrych, a niekiedy lepszych dla Wyspiarzy warunkach. Czołowi politycy na kontynencie rozwiali jednak te nadzieje, a to nie koniec problemów, jakie szykuje Bruksela.

Dla strony unijnej główny cel negocjacji jest prosty: pokazać, że wyjście z Unii jest kosztowne i zniechęcić kolejne państwa do pójścia drogą Brytyjczyków. I choć w świetle kamer politycy starają się wypowiadać pojednawczo, a obie strony podkreślają, że zależy im na możliwie najlepszym rozwiązaniu, komentatorzy nie mają złudzeń: to będzie mordercza rozgrywka.

Pierwsza porażka Brytyjczyków

Procedura opuszczenia Unii Europejskiej jest opisana w artykule 50. Traktatu Lizbońskiego. Stanowi on, że po jego uruchomieniu obie strony mają jedynie 24 miesiące na ustalenie szczegółów wyjścia. Oznacza to, że niezależnie od efektów rozmów pod koniec marca 2019 roku Wielka Brytania przestanie być członkiem wspólnoty.

Od ogłoszenia wyników referendum liczono jednak na to, że równolegle z rozmowami o wyjściu z Unii, prowadzone będą inne negocjacje. Miały one złagodzić negatywne skutki ekonomiczne. Brytyjczycy z jednej strony podkreślali, że Stany Zjednoczone, Chiny, Indie, czy Japonia, bardzo chętnie nawiążą współpracę, co wcześniej utrudniała rygorystyczna brukselska biurokracja, a z drugiej strony o dobre kontakty handlowe zabiegać będą również Paryż i Berlin. Wszystko miało stać się bardzo szybko, choć z reguły umowy handlowe negocjuje się latami.

Rozczarowanie nadeszło szybko. Gdy tylko Wielka Brytania uruchomiła procedurę wyjścia, Angela Merkel zapowiedziała, że jedyna możliwa kolejność rozmów to negocjacje w sprawie Brexitu, a dopiero potem ustalenia warunków przyszłej współpracy.

– Najpierw powinniśmy ustalić ramy wyjścia, ze szczególnym uwzględnieniem praw obywateli Unii i respektowaniu wcześniejszych zobowiązań, jakie ciążą na Brytyjczykach. Jeżeli tutaj osiągniemy postęp, możemy zacząć rozmawiać o przyszłych dwustronnych relacjach – powiedział dzień później prezydent Francji, Francois Holland.

Chłodna reakcja najważniejszych europejskich stolic powszechnie została odczytana jako porażka Theresy May. Tym bardziej dotkliwa, że teraz trudno jej będzie wynegocjować korzystne warunki z gospodarkami Ameryki, czy Azji. Jej nowi partnerzy nie muszą się śpieszyć, a na szybką umowę wyrażą zgodę tylko jeśli będzie ona wyjątkowo korzystna.

Najniebezpieczniejszy polityk w Europie

Nad tym, żeby negocjacje w sprawie Brexitu nie były dla strony brytyjskiej przyjemnym spacerkiem ma zadbać Michel Barnier. Były minister spraw zagranicznych Francji już w 2010 roku był nazywany „najbardziej niebezpiecznym europejskim politykiem”, a kilka lat później, jako eurokomisarz, mocno naraził się finansistom z City. Unia z jego marzeń to jedno super-państwo, które przejmie większość kompetencji od istniejących państw narodowych. Wizja ta jest zdecydowanie odmienna od tej, którą od kilkudziesięciu lat postulował Londyn.

Barnier działa w polityce międzynarodowej od ponad 20 lat i ma za sobą niejedne trudne rozmowy. Bezpośrednio po ogłoszeniu go głównym negocjatorem ogłosił, że nie widzi powodu, żeby rozmowy na temat Brexitu odbywały się w języku angielskim. Zamiast tego zaproponował język dyplomacji, czyli francuski. Gest ten przez jednych został odczytany jako złośliwość, przez innych jako „akt wojny”. Warto wspomnieć, że w ostatnich latach nawet rozmowy między Francją, a Niemcami odbywały się w języku angielskim.

Propozycja Francuza miała jednak bardzo praktyczny wymiar. Brytyjczycy, których język ojczysty jest nauczany na całym świecie, sami nie mają zbyt wiele motywacji, żeby uczyć się języków obcych i są uważani w Unii za najsłabszych poliglotów. Prowadzenie szczegółowych i żmudnych rozmów w obcym języku mogłoby oznaczać słabszą skuteczność.

Rozwodowe rachunki storpedują negocjacje w sprawie Brexitu?

O tym, że rozwód nie będzie przebiegał sielankowo świadczą rachunki, które wystawiają sobie obie strony. Donald Tusk, jako jedną z najważniejszych spraw określił spłacenie zaciągniętych zobowiązań. Ich suma sięga 50 miliardów funtów i składają się na nią wydatki na projekty, na które Wielka Brytania wyraziła zgodę przed referendum. Druga strona odpowiada równie stanowczo, że to Unia Europejska powinna zasilić brytyjski budżet kwotą 184 miliardów funtów.

A wzajemne rachunki nie dotyczą tylko gotówki. Sporne pozostają kwestie choćby budynków i aktywów unijnych instytucji, które mieszczą się po drugiej stronie kanału La Manche. Każda z tych spraw z osobna może oznaczać wieloletni spór, a wszystkie z nich nie zostaną zapewne rozstrzygnięte w ciągu 24 miesięcy.

Rząd Torysów jest dotkliwie atakowany przez polityków europejskich, ale na rodzimym podwórku również nie może sobie pozwolić na odrobinę oddechu. Negocjacje w sprawie Brexitu będą stale oceniane zarówno przez opozycję w postaci Partii Pracy i UKIP, jak i przez euroentuzjastów w samym rządzie. A każdy nowy dzień będzie przynosił nowe problemy.

Przedsmak tego widzieliśmy w tygodniu poprzedzającym uruchomienie artykułu 50. Guy Verhofstadt odwiedził laburzystowskiego burmistrza Londynu Sadiq Khana, Nigel Farage uznał, że rząd jest zbyt miękki w rozmowach z Brukselą. Równocześnie jeden z najważniejszych ministrów Philipp Hammond skrytykował zwolenników twardych negocjacji, a Minister Finansów Walii wyraził żal, że nikt z nim nie konsultuje strategii negocjacyjnej.

Atakowany z wielu stron rząd Theresy May nie będzie mógł obrać drogi, która zadowoli wszystkich, a siedzący po drugiej stronie stołu unijni politycy zadbają o to, żeby negocjacje w sprawie Brexitu były ostrzeżeniem dla innych państw, które chciałyby pójść tą drogą.